Akwarela botaniczna przedstawiająca liście w naturalnym świetle

Wiesz, że Twój mózg dosłownie zmienia się, gdy rysujesz liść?

Pamiętam dokładnie ten moment. Siedziałam na trawie z lupą, którą pożyczyłam od znajomej dla syna — bo swojej nie miałam (bo po co mi lupa, przecież nie jestem naukowcem) — i przyłożyłam ją do liścia. Zwykłego liścia. Takiego, który wcześniej mijałam setki razy, nie zatrzymując się ani na sekundę.

I zamarłam.

Pod lupą zobaczyłam mapę miasta

Zobaczyłam żyłki rozgałęziające się w mniejsze żyłki, a te w jeszcze mniejsze. Delikatne, precyzyjne, jakby ktoś bardzo, baaaardzo cierpliwy spędził lata nad tym projektem. Przez chwilę byłam pewna, że patrzę na coś, czego nigdy wcześniej nie widziałam — a potem dotarło do mnie, że przecież patrzyłam na to całe życie. Po prostu nigdy naprawdę nie widziałam.

Ten moment ma naukowe uzasadnienie. I właśnie o tym chcę Ci dziś opowiedzieć.

Proces malowania liścia akwarelą w szkicowniku botanicznym
Od szkicu do koloru — spokojny, etapowy proces

Co dzieje się z Twoim mózgiem, gdy rysujesz z natury?

Zacznijmy od czegoś, co brzmi trochę jak tytuł nudnego artykułu naukowego, ale w praktyce jest jedną z ciekawszych rzeczy, jakie odkryłam o rysowaniu: kiedy jesteś skupiona na obserwacji i jednocześnie prowadzisz ołówek po papierze, Twój mózg wchodzi w stan podobny do medytacji.

Chodzi o tzw. Default Mode Network — sieć połączeń w mózgu, która odpowiada za to wszystko, co się dzieje, gdy… nic nie robisz. Planujesz jutrzejszy obiad w połowie rozmowy z przyjaciółką. Analizujesz sprzed trzech lat nieudaną rozmowę z tym paskudnym szefem. Tworzysz listę rzeczy, o których powinnaś pamiętać, i jednocześnie martwisz się, że zapomnisz o liście. Znasz to uczucie.

Kiedy rysujesz z natury, ta sieć pełna szalonych myśli cichnie. Nie dlatego, że jesteś zajęta — dlatego, że jesteś obecna. Badania pokazują, że skupienie wzrokowe połączone z ruchem ręki angażuje inne obszary mózgu, dosłownie wypierając ten wewnętrzny szum. To ten sam mechanizm, który sprawia, że po godzinie rysowania ludzie czują się spokojniejsi niż przed nią — nawet jeśli rysunek wyszedł krzywy i wydaje mi się nieudany.

Jest jeszcze coś, co odkryłam dużo później, trafiając na badania Jennifer Roberts z Harvardu. Roberts jest profesorką historii sztuki i od lat robi swoim studentom coś, co brzmi jak tortura, a okazuje się objawieniem: każe im stać przed jednym obrazem przez trzy minuty. Bez telefonu. Bez notatek. Tylko patrzeć.

Trzy minuty to dużo, kiedy nic nie robisz. Roberts odkryła, że coś istotnego zaczyna się dziać dopiero po pierwszej minucie — mózg, nie mając nowych bodźców, zaczyna wnikać głębiej w to, co widzi. Zauważasz rzeczy, których nie widziałaś na początku. Pojawia się pytanie. Potem drugie.

Rysowanie z natury wymusza dokładnie ten sam mechanizm. Nie możesz narysować liścia, którego naprawdę nie obejrzałaś. Ołówek wymaga danych — a żeby dostarczyć mu danych, musisz patrzeć.

Jest jeszcze trzecia rzecz, którą warto wiedzieć, a o której mówi się rzadziej: rysowanie angażuje interocepcję, czyli świadomość własnego ciała. Kiedy śledzisz kształt wzrokiem i jednocześnie przenosisz go na papier, uwaga wraca do ręki, do oddechu, do tego, jak siedzisz. To subtelne, ale realne — i właśnie dlatego nature journaling tak dobrze działa na niepokój. Nie dlatego, że „jest relaksujący”. Dlatego, że fizycznie przenosi Twoją uwagę z głowy do ciała.

To nie jest nowe hobby. To stara tradycja, do której wracasz

Darwin nosił zeszyt. Meriwether Lewis dokumentował każdą roślinę, którą mijał podczas wyprawy na zachód Ameryki. Maria Sibylla Merian — siedemnastowieczna artystka i przyrodniczka, która pojechała samotnie do Surinamu, żeby rysować owady — wyprzedziła Darwina o sto lat, jeśli chodzi o obserwację metamorfozy motyli. Wszystkich ich łączyło jedno: zeszyt w kieszeni i nawyk patrzenia.

Nature journaling nie jest trendem z Instagrama. Jest praktyką, która przez wieki była narzędziem zarówno naukowców, jak i artystów — bo na tym przecięciu ciekawości i uważności dzieje się coś wyjątkowego.

Dziś do tej tradycji wraca coraz więcej osób. Projekt iNaturalist — platforma, na której można dokumentować obserwacje przyrodnicze — ma ponad 200 milionów zarejestrowanych obserwacji od zwykłych ludzi z całego świata. John Muir Laws, przyrodnik i artysta, którego miałam szczęście poznać podczas szkolenia z Naturę Journalingu, a później certyfikacji na edukatora, stworzył jedną z najbardziej znanych metod, od lat prowadzi warsztaty wypełnione po brzegi przez osoby, które nigdy nie uważały się za artystów.

Ja trafiłam na tę praktykę przez przypadek — przez akwarelę botaniczną, którą zaczęłam kilka lat temu. Szybko odkryłam, że najlepsze prace powstawały wtedy, gdy przed malowaniem po prostu siedziałam z rośliną. Bez pośpiechu. Z lupą albo bez. Po prostu patrzyłam. Zeszyt pojawił się naturalnie — jako miejsce na te obserwacje, które nie mieściły się w obrazku.

Podobne wpisy